Spokojnie siedziałem w zakurzonej bibliotece na piętrze mojego domu, czytałem jedną z wielu ksiąg zapisanych runami w moim rodzimym języku — demonów. Usłyszałem dzwonek, który informował mnie o czyimś przybyciu. Wstałem niechętnie i ubrawszy się w płaszcz, wyszedłem na podwórze. Przy bramie stała kobieta, ubrana na czarno i ze spuszczoną głową mogła oznaczać tylko jedno. Podszedłem do niej powoli, po czym otwarłem bramę i wpuściłem kobietę do środka.
-Tylko jedno może panią do mnie sprowadzać. - mruknąłem. - Moje kondolencje. Jak mógłbym pani pomóc?
-To chyba oczywiste, nie sądzi pan? Chcę, aby przygotował pan mojego męża do pogrzebu i go zorganizował. - odparła cicho, dusząc w sobie łzy.
-Rozumiem. Jakieś konkretne oczekiwania?
-Zostawiam wszystko w pańskich rękach.
-Herbaty? - zapytałem od niechcenia.
-Dziękuję. Ja już pójdę.
-Myślę, że zajmie mi to trzy dni. Do zobaczenia w takim razie.
Kobieta podeszła ze mną do drzwi, jak to kultura wymagała, otworzyłem je przed nią, wypuszczając ją na dwór, na którym zdążyło się ściemnić. Zanim odeszła dała mi dwie wizytówki, jedna należała do innego zakładu pogrzebowego, druga zaś do niedawno tu obecnej osoby. Obie położyłem na stoliku umiejscowionym niedaleko drzwi, tam, gdzie miejsce wszystkich tego typu rzeczy.