Pomasowałem swoje ramię, wstając i tym samym
dołączając do Canisa na środku sali. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Była to w
sumie przyjemna rozrywka, a jednak bez mojego małego zakładu szybko stałaby się
nudna. Tak przynajmniej był jakiś cel w tym co robiliśmy. Nie lubiłem brać się
czegoś, co nie miało żadnego sensu. Możliwe, że było to błędne nastawienie do
życia, ale mimo wszystko… Niczym kot wolałem oszczędzać swoją energię. Może
dlatego też tak wiele czasu spędzałem zwyczajnie wylegując się na swoim niezbyt
wygodnym tronie? Dobrze, że dodałem do niego miękką poduszkę, inaczej już dawno
czułbym plecy i ich niższe części.
- Nie, raczej nie. W razie ran również się tym
zajmę – powiedziałem z uśmiechem, przybierając odpowiednią pozę do rozpoczęcia
walki. – Gotowy?
Canis skinął głową, a ja doskoczyłem do niego,
pchając ostrzem w przód, w okolice jego klatki piersiowej. Ustawiłem ostrze
tak, że nawet jeżeli udałoby mi się go dźgnąć, nie miałbym możliwości wbić
szabli między jego żebra. Nie oznaczało to, że bym go nie zranił, ale tym samym
nie uszkodziłbym jego płuc. Chciałem kontaktu ostrza z jego ciałem, nie jego śmierci.
Oczywiście by wygrać mógłbym go zwyczajnie powalić na ziemię i przystawić
ostrze do jego gardła, ale Canis był wilkołakiem, a ja mieszańcem człowieka z
elfem. Nie byłem na tyle silny, aby go przewrócić. Byłem zwinny, ale nie silny.
Mogłem zaledwie wygrać dzięki prędkości swych ataków.